Brzydkie słowo na „S”

01/24/2015

Brzydkie słowo na „S”

Ponad 80% ankietowanych coachów uważa, że superwizja jest potrzebna. Jednak zaledwie 23% odpowiada, że aktualnie korzysta regularnej superwizji.  Jako przyczyny podają, że aktualnie nie potrzebują, że cena zbyt wysoka, że nie widzą jasnych korzyści, a na pierwszym miejscu – że… to słowo im się nie podoba. Zaczęłabym właśnie od tego, jeśli w uzasadnieniach profesjonalistów pojawia się coś tak… mało istotnego, można się spodziewać, że kryje się za tym, coś o wiele ważniejszego

 

Faktycznie, słowo superwizja kojarzy się źle: nadzór, kontrola, dozór, sprawdzanie – te słownikowe znaczenia nie przydają jej atrakcyjności i blasku.

 

Więcej:  BARDZO PROSZĘ O UMIESZCZENIE TEKSTU NA STRONIE ICF I TAM WRZUCENIE CAŁEGO TEKSTU i TU LINK DO NIEGO ! miejsce na stronie : coach pisze

 

Nikt nie lubi być kontrolowany ani dozorowany, a już z całą pewnością nie ci, którzy świadomie i dobrowolnie wybrali wolny zawód coacha, pozwalający wykonywać pracę zgodnie z własnymi przekonaniami i wartościami, na własnych warunkach, w pełni autonomicznie – bez nadzoru. Nie po to nierzadko z trudem wydobywaliśmy się z macek korporacji, uzależnień od takich czy owakich instancji organizacji, uwikłania w instytucjonalne hierarchie i podległości, które nieustannie sprawdzały, czy aby na pewno właściwie robimy to, co robimy, poddając nas audytom, benchmarkom, rozmowom okresowym i innym „superwizjom”…, byśmy teraz naszą upragnioną, nareszcie zdobytą wolność działania i decydowania („sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem…”) mieli dobrowolnie podporządkowywać kolejnemu „nadzorcy”. I jeszcze mu za to płacić!

            Otóż „superwizja” w coachingu nie jest ani nadzorem ani dozorem. Fakt, to złe słowo i źle się kojarzy. A jeszcze gorzej, gdy niedouczony tłumacz „spolszcza” je jako nadzór czy dozór.

Kiedy więc czytamy takie tłumaczenia w tekście artykułu Petera Hawkinsa w książce pod tytułem „Coaching doskonały. Przewodnik profesjonalny” (red. Jonathan Passmore, nazwisko tłumacza litościwie przemilczane), to za brak profesjonalizmu powinniśmy wydawcę (Muza) pozwać do sądu (och, i ilu jeszcze innych!…). Niedoskonałość przekładu zmienia myślenie o zjawisku. Niby to tylko słowo, niby nieważne, ale przecież my coachowie rozumiemy moc słowa (które staje się przekonaniem, czynem, działaniem, nawykiem, a wreszcie charakterem i losem).

Dlatego także mój opór budzi sformułowanie użyte w zaproszeniu na warsztat poświęcony superwizji w coachingu: „Jesteś coachem z pewną praktyką ale chcesz doskonalić swój warsztat …” Co budzi mój opór? To małe, pozornie niewinne słówko „ale” – podstępnie zmieniające znaczenie całej wypowiedzi – figura dobrze znana praktykom NLP. Cóż mianowicie ono sugeruje? Ano, że skoro jesteś coachem z praktyką, a mimo to (a więc dziwne to jest) chcesz doskonalić swój warsztat (por. konstrukcje analogiczne: głupi, ale porządny, zapracowany, ale dla ciebie znajdzie czas…). „Ale” znakomicie podkreśla opozycję, jak w osławionym „tak, ale…”, które w coachingu uparcie zastępujemy syntetycznym „tak, i…”

 

A zatem –  jesteś doświadczonym, praktykującym coachem i właśnie superwizja jest dla ciebie, możesz czerpać z niej garściami, nie tylko po to, by doskonalić swój warsztat (do tego zupełnie wystarcza mentorcoaching, mentoring, a może nawet po prostu dodatkowe szkolenie.

 

Ileż jest szkoleń dla coachów i jak chętnie w nich uczestniczą! Nic dziwnego, w ten zawód wpisany jest ciągły rozwój, rozwój jako profesjonalisty, rozwój jako człowieka, rozwój swojego biznesu, swojej osobistej marki, swojej równowagi życie – praca… Ta niekończąca się ścieżka do mistrzostwa. Mistrzem nie zostaje się raz na zawsze – bycie mistrzem to nieustanne stawanie się mistrzem. Ten, kto uzna, że osiągnął już wszystko i dotarł na szczyt, właśnie zaczyna się z niego staczać.

Tak więc coachowie korzystają z bogatej oferty szkoleń dla coachów. Jakoś dziwnie przeoczając tę, mogłoby się wydawać, oczywistą konkluzję, że wybierając taki właśnie model rozwoju, wprost zaprzeczają temu, co stanowi podstawę ich własnej tożsamości zawodowej.

 

Naszym klientom i całemu światu obwieszczamy wyższość coachingu nad szkoleniami, bo spersonalizowany, bo dostarcza tego, czego klient potrzebuje, a nie co zaprojektował organizator szkolenia, bo można pracować we własnym tempie, bo możliwe są niesamowite odkrycia dokonane „po drodze”, bo elastyczny kontrakt pozwala dopasować się do zmieniających się celów klienta i okoliczności jego systemu (życia, pracy, zdrowia, relacji…), bo wiedza oparta na świadomości i doświadczeniu łatwiej daje się urzeczywistnić w działaniu, bo to, co odkryje się samemu buduje motywację wewnętrzną, inaczej niż wiedza przekazana z zewnątrz, która zawsze pozostaje obca, etc, etc. Tak twierdzimy z (pozornym? fałszywym?) przekonaniem, tymczasem sami – co?

Jak potulne baranki, grzeczne szkolne dzieci, posłuszne korpoludki, zapisujemy się na kolejne szkolenie, by w swoich kajecikach (czy tam i-padach) zapisać kolejne „narzędzia”, „modele”, „techniki”. Przyswajamy, czujemy się „mądrzejsi”, a faktycznie – jesteśmy tylko coraz lepiej wyszkoleni, kolekcjonujemy certyfikaty i punkty CCE. A co ze świadomością? Co z rzeczywistą, płynącą z głębi własnej tożsamości, mądrością? Co z Twoim indywidualizmem, drogi Coachu, który jesteś na ścieżce stawania się takim jak inni coachowie, wyszkoleni w tej szkole, którzy przeszli te kursy? Gdzie Twoje mistrzostwo? Gdzie coaching jako niepowtarzalna autentyczna sztuka?

 

Nie twierdzę, że szkolenia nie są przydatne. Co więcej, w wielu sytuacjach, zwłaszcza na początku drogi, są one wręcz niezbędne. Aby uzyskać akredytację ICF mamy obowiązek uczestniczyć w określonych szkoleniach. Jednak szkolenia w rozwoju coacha i coachingu to zdecydowanie za mało.

Superwizja nie jest szkoleniem. Jest to jak mówi definicja ICF „collaborative and reflexive learning”. Uwaga! Learning to nie to samo co teaching! Uczenie się, po polsku mocno zdewaluowane  skojarzeniem z „uczeniem’ i „nauczaniem,” lepiej by tu zastąpić słowem „rozwój”. Jednak nie służy ona wyłącznie do rozwoju umiejętności, doskonalenia warsztatu, choć także i temu służy.

Czemu służy więcej?

Najkrótsza odpowiedź brzmi: coachowi. To odpowiedź niewystarczająca.

Odpowiedź bardziej rozbudowana brzmi: coachowi wraz z jego systemem. A system coacha (inaczej – jego ekologia) to: jego klienci (aktualni, ale także ci przyszli), jego rodzina, jego firma, organizacja dla której pracuje, jego pasja, jego pieniądze, jego zdrowie, jego świat… ) Skądś znasz te kręgi systemu? Może pracujesz tak ze swoimi klientami? Może pomagasz im spojrzeć z innych perspektyw na to, co robią, i na to, w czym tkwią, aby mogli samodzielnie i odpowiedzialnie znaleźć własną dobrą drogę? Dlaczego twój Klient nie może tego zrobić sam i wynajmuje coacha? Czyżby był głupszy? Nie, po prostu jest uwikłany w swoim systemie (jak ryba, która zapewne nie wyobraża sobie morza). Więc już teraz możesz, per analogiam, lepiej zrozumieć czemu służy superwizja.

Mogą być jeszcze inne odpowiedzi, na wyższych piętrach abstrakcji – zostawmy je sobie na Nowy Rok.

Wtedy też przedstawię Wam propozycję, jak i czym zastąpić to brzydkie słowo „superwizja”

Dr Ewa Mukoid, PCC Instytut Komunikacji i Rozwoju Mukoid, Studia Zawodowe Coachingu ACSTH ICF www.mukoid.com
W W
About admin